Gdzie tu wiać, gdy wieje tak…? (27 listopada 2008 r., czwartek)
By gosia • listopada 27th, 2008 • Category: Dzień za dniem - blogowo, GosiaDopadła mnie zupełnie nagle i niespodziewanie. O godzinie 16.01. W zeszły piątek. Wzięła z zaskoczenia. Dmuchnęła prosto w twarz lodowatym powiewem. Przyprószyła śniegiem włosy. Zawyła potępieńczym głosem wiatru. Zmroziła krew w żyłach. Pomalowała na czerwono nos. Przemoczyła buty.
Zima Anno Domini 2008.
Wyszłam z Galerii Dominikańskiej, w której byłam niecałe pół godziny. Tak krótko tylko dlatego, że w planach miałam długą wizytę w Pasażu Grunwaldzkim - inaczej pobyt zapewne o wiele dłużej by potrwał, hihi
Wyszłam i zbaraniałam. Szaro. Biało. Lodowato. I wieje. Do Galerii weszłam w co prawda szare, ale jednak jesienne popołudnie. Wyszłam popołudniem ciężko zimowym…
Nic to, myślę. Pasażu mimo wszystko nie odpuszczę. Nie boję się tej zadymki. W końcu dorosła jestem, jakby się kto pytał!! Samochód postanawiam zostawić pod pracą, bo korki są nieziemskie i na piechotę dotrę tam trzy razy szybciej. Zostawiam więc zakupy w samochodzie, naciągam kaptur, rozkładam parasol i idę.
I idę. I idę.
Idąc walczę z zsuwającym się kapturem. Z wyginającym się na cztery strony świata parasolem. Próbuję osłonić się przed miotającym lodowatymi płatkami śniegu wiatrem. Pasaż Grunwaldzki jest niedaleko. Ta myśl trochę mnie pociesza. Idę więc twardo dalej.
Jeszcze tylko tunel pod “ślimakiem”, a za nim zaraz powinien być most, a potem już dosłownie dwa kroki i będę na miejscu. W tunelu świeci się co czwarte światło. Niepewnie zatrzymuję się u wlotu. Ale w końcu dorosła jestem, nie?? Z determinacją wchodzę w te podejrzane kazamaty… Jest pusto. I jakoś dziwnie cicho. Słyszę tylko własny oddech i chlupot wody pod stopami. Kątek oka zauważam jakiś dziwny cień przesuwający się po ścianie… Mimowolnie przyśpieszam. Cień również. Odsuwam od siebie jakikolwiek głos zdrowego rozsądku i zaczynam się bać własnego strachu. Mlaszcząc przemoczonymi butami i wywijając parasolem jak szpadą wybiegam z tunelu wprost w migoczące światełko ulicznej latarni…
Gęstnieje mrok. Zadymka coraz większa. Wiatr wyje potępieńczo. Wyglądam spod kaptura. Mostu nie ma. Co jest??!! HALO!! Przecież tu powinien być. TU!!
Trudno. Ale nic to. Idę dalej przed siebie. Determinacja zostaje wynagrodzona i w ciemności majaczy niewyraźnie jak wejście do Morii fasada mostu. Tu już czuję się o wiele raźniej. Po moście powoli przesuwają się samochody. Pojawiają się też ludzie.
Jest już całkiem ciemno. Ale idę. Patrzę w dół. I ciemność widzę. Zupełnie nieruchomą w dodatku. Rzekę też ukradli?? Przy barierce przywiązane sznurkiem migoczą dwa znicze…
Most ciągnie się w nieskończoność. Robi mi się wszystko jedno. Lecz zacinam się w sobie i postanawiam - mimo wszystko - dotrzeć do Pasażu.
Uff… Gdzieś na horyzoncie (a w rzeczywistości kilkanaście metrów przede mną) błyskają w mroku światła Pasażu.
Niepotrzebnie odchyliłam parasol, bo śnieg natychmiast wdziera się pod kaptur i zakleja mi oczy. Na wpół oślepiona wchodzę w ciepłe, jasne, wesoło rozmigotane wnętrze budynku. W holu otrząsam się jak mokry pies, wytrzepuję parasol, przecieram oczy i rozglądam się ciekawie.
Wokół mnie RAJ.
Ciepły. Jasny. Wesoły. Bezpieczny.
ZAKUPOWY
Idę do najbliższej kawiarni wyschnąć i nad pyszną kawcią uspokoić stargane nerwy. A potem włóczę się po sklepach kilka godzin i staram się nie myśleć, że z tego Pasażu w końcu trzeba będzie wyjść. W ten zimowy, zaśnieżony, zlodowaciały świat.
No i gdzie tu wiać, gdy wieje tak…?
gosia is
Email this author | All posts by gosia



